"Joy is a state of mind."

wtorek, 16 sierpnia 2011

The Heavy Eyes - One (2010)

Nie będę nikogo oszukiwał, tę EPkę chciałem sprawdzić, bo przeczytałem, że była nagrywana w słabo wygłuszonym pomieszczeniu na rekorder tascam a zespół ostrzega o ewentualnych nierównościach w rytmie. Lubię takie syfne nagrania, chociaż gdybym nie wiedział w jakich warunkach The Heavy Eyes nagrali swój debiut, to pewnie nigdy bym nie poznał. Cóż, albo to XXI wiek pozwala robić takie cuda albo to ja mam gust wypaczony płytami nagrywanymi w gówniany sposób.




One zawiera cztery nafuzzowane niczym biały stratocaster Hendrixa kawałki. Wokal nie powala, ale świetnie pasuje, dobra sekcja, riffy bla bla bla. Nie ma się co specjalnie rozpisywać, absolutnie NIC nowego. Na szczęście poprzez owo "nic nowego" rozumiem, że w dobrym, znanym i śmierdzącym stylu, który nigdy się nie znudzi. Po prostu wszystko, co prezentują te cztery syte kawałki już było, ale czy to źle? 

Ekipa zajmuje się teraz solidnym koncertowaniem, miejmy zatem nadzieję, że chłopaki się nie pozachlewają na śmierć przed spłodzeniem pierwszego longplaya, bo jeżeli ich debiutanckie EP w zamierzeniu miało być jedynie demem, to płyta może wyjść naprawdę wyśmienicie.


wtorek, 5 lipca 2011

Wiadomość od Randy'ego Holden

Zapomniany bóg i mistrz psychodelicznej gitary z przełomu lat 60' i 70', który po zbankrutowaniu w związku z wydaniem pierwszej solowej płyty (do tego stopnia, że stracił cały sprzęt) zniknął z muzycznej sceny na 30 lat żyje, ma się dobrze i nawet odpisał ostatnio na mojego maila, w którym smęciłem, jak bardzo jestem obsrany na punkcie Population II, oto co mi napisał:

A greater flattery could not be bestowed - I sincerely appreciate your emotive appreciation.

If you will be kind enough to provide me your address, I will send you what I call an Artist Proof that is in addition to the 2000 copies. There are 200 copies I was personally provided to do what I wish with - so as in the world of Fine Art Reproductions, I'm treating my copies, just as a Painting Artist does.

If that's confusing, don't let it be. It's common in the Art world, maybe one day the world of Music will borrow some of the best ideas of the Publishing world of Fine Art.

PS. Please provide your name with your address and I'll sign a copy to you.

As Ever and Thanks again



Jak widać w najbliższym czasie dostanę od Randego mały prezent :)

wtorek, 21 czerwca 2011

Albatross Overdrive - Albatross Overdrive (2011)

Miałem łzy w oczach, gdy pierwszy raz słuchałem tej płyty. Przysięgam. Dawno do moich uszu nie dotarła tak ogromna dawka szczerego i soczystego, kopiącego w zad nakurwu, jak w przypadku self-titled  zespołu Albatross Overdrive z Californii. Zespół na swoim debiutanckim albumie prezentuje klasycznie rozumiany southern/stoner. Być może nie jest to jakiś szczególnie odkrywczy sposób grania, ale trzeba przyznać, że już pierwsze przesłuchanie Albatross Overdrive nie pozostawia żadnych złudzeń - moc w chuj, bez pardonu, słabszych momentów, zapychaczy czy wąskich pitoleń. Od początku do samego końca. Ciężko tu nawet wybrać i wziąć na przykład jakiś konkretny kawałek, wszystkie z równą siłą sprawiają, że czuję potrzebę, by  przestać dbać o cokolwiek i przy zachodzie słońca wsiąść do mojego Forda Mustanga i uderzyć w Highway 49. 







piątek, 3 czerwca 2011

The Zoo - Presents Chocolate Moose (1968)

Cholernie chwytliwa płyta! Bez dwóch zdań jest to przed wszystkim zasługa prześwietnego wokalu Ira Wesleya, który z wielką gracją wyśpiewuje, bądź co bądź łatwo wpadające w ucho, ale jednak niebanalne melodie.  Warto tę płytę sprawdzić chociażby właśnie dla tej wokalnej wirtuozerii, która na mnie zrobiła spore wrażenie. Instrumentalnie Presents Chocolate Moose obfituję w niezłe solówki i gitarę rytmiczną, która swym rytmem ma wbrew pozorom bardzo wiele wspólnego z funky. Absolutnie pozycja do zbadania. 


Hasło: sonidos

Power of Zeus - Gospel According to Zeus (1970)

Winylowe wydanie pierwszej i zarazem jedynej płyty Power of Zeus jest szczególnie poszukiwane przez wielu hip-hopowych producentów i innych zboczonych wielbicieli breakbeatowych pętli perkusyjnych ze względu na ostatni utwór (The Sincery of Stsis), który otwiera bardzo przyjemna partia na garach, która wręcz prosi się o wycięcie i puszczanie w nieskończoność.




Z kolei wszyscy ci, którzy tworzeniem bitów się nie interesują na Gospel According to Zeus znajdą dużo świeżego, gitarowego powera doprawionego całkiem niewąskimi organami hammonda w tle. Spokojniejsze kawałki, mimo iż całkiem dobre i nieodstające od reszty albumu, wydają się być jedynie rozgrzewką do totalnego mind-blowa w utworach takich jak chociażby  It Coludnt be mine czy Realize. Szkoda tylko, że Power of Zeus to jeden z wielu bandów, które dzisiaj znane są jedynie przez małe grono jakiś wyjątkowych heavy-psych-prog-perwerów i fanatyków grania z epoki.






środa, 1 czerwca 2011

Fleetwood Mac - English Rose (1969)

English Rose to kompilacja różnych niewydanych/singlowych tracków Fleetwood Mac z czasów, gdy w zespole grał jeszcze Peter Green i nie było żadnych bab (z całą pewnością najlepszy okres twórczości). Płyta zdecydowanie bardziej popularna i niepodziemna niż cała reszta Give me LSD!, ale myślę, że i tak warto ją odkurzyć, bo gdybym miał komuś kompletnie niekumatemu w temacie muzyki bluesowe polecić kilka płyt, to ta na pewno została by uwzględniona.


Na English Rose znajdziemy przede wszystkim kilka niezgrzebnych, wolnych bluesów z klasycznie dołującymi tekstami (szczególnie podoba mi się When somebody leaves you/You just lose a friend/But when you left me babe/Thought it was the end z utworu pt. Something inside of me - proste i konkretne), ale również boogie, nakurwianie slidem z mocno wyczuwalną inspiracją Elmorem Jamesem czy fenomenalny Black Magic Woman. 



Mimo, że trzeci studyjny album Fleetwood Mac jest na wskroś bluesowy to jednak charakteryzuję się całkiem niezłą różnorodnością stylistyk klasycznych odłamów gatunku i jest nagrany przez białasów, więc wszyscy patrioci również mogą się nim nacieszyć.




niedziela, 29 maja 2011

Wolny dostęp na PHROCK!

Jeden z największych blogspotów na temat muzyki z epoki wszechobecnego kwasu udostępnia tymczasowo  linki download do albumów z nowych postów niezarejestrowanym użytkownikom. To dobry nius, ponieważ zostanie użytkownikiem PHROCK nie należy do najłatwiejszych i nie sprowadza się do wypełnienia prostego formularza. 

Poniżej link do tej wieści:




czwartek, 26 maja 2011

Yestardays Children - Yestardays Children (1969)

Kolejna klasycznie nafuzzowana heavy psych produkcja, którą zapodaję. Bardzo dobry, amerykański towar dla fanów gitarowego pierdzenia i widzenia na kolorowo. Reedycją płyty zajęło się  rzecz jasna najprześwietniejsze wydawnictwo na świecie czyli Akarma. To wszystko.


niedziela, 22 maja 2011

The Yellow Payges - Volume I (1968)

Miałem problemy ze znalezieniem tej płyty, ale jak widać XXI wiek przy odrobinie determinacji pozwala dotrzeć nawet do najbardziej zakurzonego towaru. Trudności pojawiły się w sumie głównie ze względu na notoryczne przekręcanie nazwy zespołu (jedna literka mniej i zespół zmienia się w "The Yellow Pages"). Tak czy owak szczęśliwie do albumu dotarłem.


O ekipie nie ma co opowiadać - zwykła zgraja śmierdzących hipisów. W sumie nie interesowałem się jakoś szczególnie rzeczami takimi jak skład zespołu, historia (chociaż zapewne nie jest ona zbyt długa)  oraz setką innych, niesamowicie mało istotnych pierdół na temat The Yellow Payges. Powód, dla którego zainteresowałem się ich pierwszym wydawnictwem to wprost prze-arcy-słodzone gitary, które usłyszałem w otwierającym album "The Two of Us". Dzięki bogu cała płyta jest taka. Na gitary oprócz klasycznego fuzza bardzo sowicie nałożone są flangery, chorusy, delaye i sam nie wiem co jeszcze, ale brzmi  to rewelacyjnie. Na Volume I znajdziemy również gitary akustyczne oraz przyzwoicie zagrany cover Muddy'ego Watters'a pt. I'm a man, który kapitalnie przechodzi w coś na kształt psychodeliczno-bluesowego jamu,zakończonego parominutową solówką na perkusji (która na moje skromne ucho jest w stylu pana Bonzo, ale jednak nie ten poziom).


piątek, 13 maja 2011

Breakout - Blues (1971)



Jeżeli miałaby istnieć tylko jedna polska płyta, to dla mnie byłby to zdecydowanie album pt. Blues pana Nalepy i jego ekipy. Na kolana! Świetne teksty, mało popisowy, ale "odpowiedni" wokal Tadeusza, świetna i solidna praca sekcji oraz, oczywiście, słodkie solówki Kozakiewicza. Mimo tytułu płyta nie jest w całości stricte bluesowa, ale czuć tu, za pośrednictwem klasycznie rozumianej muzyki rockowej, klimat tradycyjnych murzyńskich rytmów.



Breakout to zdecydowanie najpopularniejszy polski zespół z tego czasu, grający w zachodnim stylu, lecz bardziej hard-blues-rockowo niż "piosenkowo i beatlesowo". Nie bardzo orientuję się dlaczego to akurat Nalepie udało się przebić, wszakże wszystkie ówczesne zespoły, których członkowie nosili jeansy i grali "amerykańsko" były skutecznie unieszkodliwiane przez władzę (wystarczyło mieć długie włosy, żeby dostać zakaz emisji w mediach, jak to się de facto stało z Breakoutem i chociażby dobrze zapowiadająca się Grupa Stress), ale pozostaje nam być dumnymi z tak krzepkiego, rodzimego grania.



wtorek, 3 maja 2011

Sir Lord Baltimore - Kingdom Come (1971)


Mega ciężki i nafuzzowany towar. Momentami odrobinę progresywny, ale ekipie nie zależało raczej specjalnie na komponowaniu przydługich utworów z solówkami na flecie, więc darowali to sobie na rzecz prężnego ciśnięcia. Kingdom Come to po prostu metal, ówcześnie nikt nie mógł sobie wyobrazić nic cięższego.

Być może się mylę, ale wokalista (jeżeli nie cały skład) jechał na białym. - śpiew właśnie tak brzmi, czasem podobnie jak ten Johnny'ego Wintera (inspiracja?), ale, mimo wszystko,  niesamowicie oryginalnie.

Pierwsza produkcja Sir Lord Baltimore ma już w sobie wyczuwalną tę "epickość", którą charakteryzuję się spora część późniejszego metalu z tą różnicą, że Kingdom Come nie opowiada o smokach i dziewicach...



Shinki Chen - Shinki Chen and His Friends (1971)

Japońce potrafią skonstruować dobrą gitarę, wyszkolić samuraja i piszczeć (japonki), okazuję się jednak, że ta skośnooka nacja jest wstanie spłodzić (jakimś cudem...) całkiem zacną, muzycznie utalentowaną jednostkę. Mam teraz na myśli Shiniki Chena.




Pan z okładki wyżej to bez wątpliwości Jimi Hendrix Japonii i mówiąc tak, nie myślę jedynie o skromnym skręcie, który zapewne wystawał z jego ust dużo częściej niż tylko przy pozowaniu do rysunków. Shinki w czasie sesji nagraniowej musiał styrać wiosło do granic możliwości. Nie znam drugiego tak ostro ryjącego banie, pełnego kosmosu i eksperymentów z brzmieniem japońskiego albumu. Momentami Shinki Chen and His Friends przywodzi na myśl twóczość Randego Holdena. 
Solowa płyta Shinki Chena jest dokładnie tak relaksująca jak miałaby to sugerować okładka. Wokal nie jest może z rodzaju tych mocnych i konkretnych,  ale, dzięki pogłosowi, brzmi bardzo "przestrzennie" i wpasowuję się idealnie, jak zresztą cała płyta, w klimat smażonego o niedzielnym poranku jointa.



Download

wtorek, 5 kwietnia 2011

Norrsken - Dema/Single (1996-1999)

Norrsken (zorza polarna) to zespół założony w roku 1995 przez Magnusa Pelandera, znanego dzięki skonstruowaniu przezacnego Witchcraft oraz aktualnego wokalisty (Joakim Nilsson) i basisty (Rikard Edlund) chyba jeszcze bardziej przezacnego bandu Graveyard.

Ekipa dała radę nagrać jedynie kilka demówek na taśmę, wydać jednego singla na winylu (Armageddon/Little Lady) i znaleźć się na dwóch kompilacjach, ale materiał jest warty przesłuchania. Osobiście czuję się zniewolony brzmieniem tych kawałków, szczególnie singla. Uwagę przykuwa również bardzo syto zagrany cover Blue Cheer - Pilot. Nic dziwnego, że po wykruszeniu takiej ekipy powstały dwa świetne zespoły.



Schizofrenia - Taste of Blues (1969)

Szwedzkie psychodeliczne podziemie końca lat '60 - to powinno wystarczyć jako rekomendacja. Warto sprawdzić Taste of Blues chociażby dla legendarnego, pierwszego utworu, który jest epicką, trwającą siedemnaście minut podróżą w towarzystwie kosmicznych brzmień, dęciaków,  absolutnie mega-groove'ących rytmów oraz masy instrumentów, których nie umiem nawet nazwać.

Bardzo podoba mi się feeling perkusisty na tej płycie i uważam, że z wielu kawałków można wyciąć doskonałe pętle do hip-hopowych bitów. Pozwolę sobie również wspomnieć o świetnych klawiszach, bo to jest właśnie to, co często najbardziej ryje banię w muzyce z epoki.




Jedyną osobą w zespole znającą angielski był czarnoskóry Amerykanin Don Washington, który dodaje produkcji odrobinę murzyńskiego, soulowego posmaku (szczególnie w interpretacji utworu Another Kind of Love, który w oryginale grany był przez Johna Mayhalla).



niedziela, 27 marca 2011

Graveyard - Hisingen Blues (2011)

Czterdzieści lat temu pewna szwedzka czwórka sprzedała duszę diabłu i przeniosła się w czasie do roku 2008, żeby nagrać miażdżący debiutancki album (self-titled) i przypomnieć wszystkim o co, tak naprawdę, chodzi w muzyce rockowej oraz ogólnie pojętym rozpierdolu. Od tego momentu minęły już trzy lata i wreszcie nadszedł czas na kolejną produkcję. Jednak zanim będzie o niej mowa warto przypomnieć pierwszą płytę Graveyard.






Przyznam szczerze, że miałem niezdrowo wysokie oczekiwania wobec Hisingen Blues i nie zawiodłem się. Nowy Graveyard to dokładnie ten sam zespół, który można było usłyszeć na poprzednim albumie. Te same koncepcje, melodie, riffy...to samo wrażenie. Chłopaki nie wypalili się ani odrobinę  i  nadal mają masę ciekawych pomysłów. Dobrym przykładem jest chociażby instrumentalny Longing, który brzmi jak skomponowany przez pana Marricone do jakiegoś nowego spaghetti westernu.







Poniżej oficjalny klip do tytułowego numeru.




Hisingen Blues to bardzo charakterystyczne granie. Mamy tu świetne i proste riffy, ale jednak bardzo rytmiczne tj. chłopaki nie chcą nas zabić samymi bujającymi zagrywkami na gitarze. Chodzi raczej o melodie i tutaj należą się słowa uznania dla wokalisty Joakima Nilssona, który potrafi swoim głosem wzbudzić dreszcz. Czasem mocno czasem nostalgicznie, ale zawsze z odpowiednią charyzmą. 

To połączenie energii i nostalgii wychodzi nad wyraz świetnie. Utwory dynamicznie przechodzą z "pitu-pitu" w "pierdolnięcie" i odwrotnie. Jest tak chociażby w balladowym Uncomfortably Numb, w którym ponadto pojawią się znakomity tekst: "I’ve been leaving you since the day we met and it feels like you have too.")






Większość albumów, które pojawiają się na Give me LSD pochodzi z lat 1969/71 i można słusznie zadać pytanie co tu robi płyta z bieżącego roku. Otóż, Graveyard to zespół mentalnie znajdujący się w tamtej epoce i to słychać. Nie chodzi jedynie o to, że ci zacni Szwedzi na maksa inspirują się i bardzo szanują muzykę z czasów wolnej miłości (w tytule drugiego utworu na krążku pojawia się wszakże nazwisko Randyego Holdena), ponieważ bardzo wiele miernych zespołów robi dokładnie to samo. Graveyard nie tylko jarają się tym jak kiedyś grano oni po prostu...właśnie tak grają. Hisingen Blues powstał na stuprocentowo analogowym sprzęcie i, oczywiście, wyszedł również na winylu (tak swoją drogą to ostatnio pojawiła się dziwna moda na wydawanie wszystkiego na winylu, myślę, że to świetny pomysł, gdy się nagrywa na lampowych wzmacniaczach i nie używa żadnego komputera, ale tłoczenie czarnych płyt z cyfrowo obrobioną muzyką i perkusją z sampla to jednak pomyłka). Myślę, że mamy do czynienia z prawdziwą perełką.



(Wyjątkowo nie załączam linku download, bo płytka jest na tyle świeża, że można ją łatwo znaleźć.)





wtorek, 15 marca 2011

Bulbous Creation – You wont remember dying (1970 )

Urzeka mnie melodyjność gitar na tej płycie oraz świetna interpretacja standardu pt. Stormy Monday (w oryginale grał to T-Bone Walker). Jest trochę fuzza, trochę spokojniejszych motywów oraz trochę bluesowego "pitu-pitu". Wokal brzmi jak ostro naćpany, więc to kolejny plus :)



Osobiście, uważam, że album nie jest jakoś wyjątkowo rozpierdalający, ale, mimo wszystko, warty przesłuchania. W dużej mierze ze względu na niezłe partie na hammondzie i nierzadko sytą gitarę.  Znawcy klimatu mówią, że to klasyk, jednak w moim odczuciu to odrobinę przesada. Po prostu dobra płyta wydana w tak małym nakładzie, ze dzisiaj uważa się ją za "mega rare."


poniedziałek, 28 lutego 2011

Josefus - Dead Man (1970)



 "Zaginieni pionierzy heavy metalu." - tak określono twórczość Josefus w magazynie Classic Rock. Nie będę starał się ocenić, czy powiedzenie o Josefus w ten sposób jest przesadą, ale płytka jest bardzo przyjemna, przez wielu uważana za absolutnego klasyka. Niby to takie ciężkie granie itd., ale można tutaj znaleźć bardzo wiele spokojnych, pełnych przestrzeni gitarowych pitoleń.



Produkcja, mimo sporego ciężaru, brzmi "ciepło". Żadnych ostrych, walących w uszy fuzzów i solówek w wysokim rejestrze, które brzmią jak jakieś zdychające zwierze. Swoje robi też ładnie wyeksponowany bas (jedna z tych rzeczy, których najbardziej mi brakuje w większości współczesnych nagrań).




The Open Mind - Open Mind (1969)

Open Mind! Już sama nazwa sugeruję z czym mamy do czynienia...jeden z pierwszych stricte psychodelicznych albumów z UK a na dodatek jeden z tych, na których nie ma słabego kawałka - bardzo równa płyta, której nic nie można zarzucić. Z całą pewnością długogrający krążek Open Mind to jeden z topowych produktów londyńskiego rynku środków psychoaktywnych. 


Ekipa rozpadła się w roku 1973, ponieważ chłopakom coś odbiło i zachcieli grać jazz, więc łatwo się domyślić, że ich pierwszy longplay już na zawsze pozostanie ostatnim...




Najzacniejszy killer zespołu to legendarny utwór pt. Magic Potion, który ukazał się jako singiel i nie pojawił się na LP (jest na reedycji w linku). Poniżej świetny amatorski klip do tego numeru z vintadżowymi pannami :P


piątek, 4 lutego 2011

Blue Cheer - Vincebus Eruptum (1968)

Robić niewyobrażalny hałas i podkręcać głośność gdziekolwiek się gra - oto domena Blue Cheer. Nie bez powodu zespół oskarża się o dużo zasługę w powstaniu heavy metalu. W gruncie rzeczy jednak debiutanckie Vincebus Eruptum realizuje raczej ideę high-fuzzowego psycho-bluesa.



Ekipa otwarcie przyznaje, że głównym źródłem inspiracji, przy powstawaniu płyty, były różnego rodzaju dragi. Interpretacja utworu "Summertime Blues" (w oryginale wykonywanego przez Eddiego Cochrana) powstała po liczyć przeróbkach i dużych dawkach LSD. Dicki Peterson przyznaję zaś w wywiadzie, mówiąc na temat "Doctor Please", że : ” There was a lot of soul searching at the time when I wrote that song, and I actually decided to take it. That’s what that song was about and that’s what I sang it about, sort of a drug anthem for me."



Płyta doczekała się chyba z miliona reedycji, zasługujemy to oczywiście przezacnemu wydawnictwu Akarma.


 

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Bent Wind - Sussex (1969)

Bent Wind to zespół założony w Kanadzie w roku 1969, który po niedługim istnieniu nagrał debiutancki album. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że na całym świecie jest podobno mniej niż 500 sztuk oryginalnego wydawnictwa, i że taki zacny kawałek winylu kosztuję kilkanaście tysięcy pln...



Pytanie brzmi: Co kieruję napaleńcem, który wykłada równowartość samochodu na czarny krążek? Sussex to z pewnością kawał dobrego, hard rockowego grania, jednakże idealnie połączonego z mocno nostalgicznym, melodyjnym wokalem i pozostawiającego bluesowo-folkowym posmak. Nagranie było realizowane w dosyć słabych warunkach, więc brzmi na potęgę garażowo, ale to okazuję się być plusem. Płyta broni się mimo kiepskiej (powiedzmy, że średniej) jakości.




piątek, 21 stycznia 2011

Cactus - Cactus (1970)

Stricte bluesowy band założony przez samego Jeffa Becka (ostatecznie Becka zastąpił  Jim McCarty, który de facto grał na perkusji w słynnym The Yardbirds) oraz perkusistę i basistę Vanilla Fudge. Ekipa spłodziła trzy wydawnictwa w oryginalnym składzie oraz dwa nie wiadomo po co (w tym jedno w roku 2006).


W sumie trudno określić twórczość zespołu inaczej niż mianem "białego bluesa". Jedynym numerem, który trochę odstaje stylistycznie od pozostałych jest "My Lady from South of Detroit", który jest utrzymany w klimacie country. Cała reszta to ciężki blues, wolny blues, szybki blues albo po prostu blues... Kwestię czy białasy potrafią sobie poradzić z muzyką czarnuchów pozostawiam otwartą, niemniej jednak jestem pod wielkim wrażeniem gry na harmonijce wokalisty Rusty Day'a.




niedziela, 16 stycznia 2011

Frijid Pink - Frijid Pink (1970)

Czteroosobowa banda hipisów z Detroit + środki psychoaktywne + dużo fuzzzzza + studio nagraniowe = ...

...każdy chyba jest sobie w stanie sam odpowiedzieć na to pytanie. W przypadku debiutanckiej (nagrali jeszcze dwie) płyty ekipy z USA  nasze uszy ukoi błogi hałas gitarowych przesterów, mocnego wokalu i niszczącej sekcji rytmicznej. Krótko mówiąc wszystko co najlepsze a da się wyciągnąć z "klasycznie rockowego" zestawu instrumentów.






"God Gave Me You", kawałek otwierający płytę, klimatem idealnie pasuje do koszuli w kwiaty i niezobowiązującego seksu, dużą zasługą są hammondy. Potem mamy m.in. "Crying Shame", z którego The Black Keys pożyczyli sobie riff, ciężką wersję "House of The Rising Sun" i wyciszający "Boozin Blues". Momentami brzmi bardzo jak Ten Years Afer, ale jednak amerykańsko. 




Odsyłam do artykułu o historii zespołu:

czwartek, 13 stycznia 2011

May Blitz - May Blitz (1970) / The 2nd Of May (1971)

May Blitz to power trio z Wielkiej Brytanii, które doczekało się wydania dwóch krążków nakładem wydawnictwa Vertigo (ten sam label, który wydawał Black Sabbath). Zespół nie odniósł komercyjnego sukcesu i został rozwiązany w roku 1971.



 

Obie płyty to doskonała mieszanka ciężkich oraz narkotycznych dźwięków. Przesterowany riff z łatwością i świetną dynamiką przechodzi w spokojny i tripowy., utwory balansują więc między jednym a drugim.  Mocną stroną zespołu jest również "gęsta" gra Tony'ego Newmana na perkusji, w której nierzadko słychać sporą inspiracje jazzem.

 
May Blitz (1970)




The 2nd Of May(1971)

środa, 12 stycznia 2011

Suck - Time to suck (1970)

Cover bandy przeważnie kojarzą się ze słabymi grajkami grającymi słabe wersje hiciorów w stylu Smells like teen spirit na wiejskich dożynkach...Przeważnie, bo północnoafrykański skład pod nazwą Suck łamie ten stereotyp. Mimo, że na Time to suck jest jeden autorski utwór (The Whip) to i tak mocno wieje świeżością.



Mamy tu między innymi: War Pigs (Black Sabbath), Into The Fire (Deep Purple) i I'll Be Creeping (Free). Poniżej świetna wersja Season of The Witch rozszerzona do prawie 10-ciu minut i destrukcyjnie działająca na psyche.



wtorek, 11 stycznia 2011

Odyssey - Setting Forth (1969)

Jedyny, nagrany w 1969 (według niektórych źródeł w 1971) album nowojorskiego składu Odyysey. Oryginał praktycznie nie do zdobycia nawet w roku, w którym materiał został wytłoczony na krążkach, ponieważ pierwsze wydanie liczyło około 100 kopii. Nic dziwnego, że płyta jest wśród 10 najrzadszych psychodelicznych produkcji z USA. 



Setting Forth to klasyczny przykład ciężkiego psychodelicznego rocka, momentami brudnego, momentami piosenkowego i wpadającego w ucho. Klimat epoki podkreślają idealnie wykorzystane organy hammonda.



niedziela, 9 stycznia 2011

Toad - Toad (1971)


Włoskie wydawnictwo Akarma, które zajmuję się wpuszczaniem reedycji różnych zapomnianych produkcji mogłaby sobie przypomnieć o tym krążku:) Nie mam pojęcia, dlaczego tak się jeszcze nie stało. Być może wynika to z faktu, że są jeszcze inne zespoły na podobnym poziomie warte wskrzeszenia, niemniej uważam, że self-titled Toad z roku 1971 zasługuję na drugą młodość w postaci świeżo tłoczonej czarnej płyty (Strange Days Record wydało reissue w formie kompaktu).

Dlaczego?  Dla mnie ta płyta to coś jakby skrzyżowanie Black Sabbath ze Stevie Ray Vanem. Obok siebie znajdują się tracki z tłustymi i ociekającymi złem riffami oraz te, które są wypchane gęstymi w dźwięki, bluesowymi solówkami bez krzty minimalizmu (na szczęście ta gitarowa masturbacja wyszła nad wyraz zgrabnie). Do tego kilka spokojniejszych numerów. Obowiązkowa pozycja dla fanów grania z epoki.



piątek, 7 stycznia 2011

Incredible Hog - Volume I (1973)



Incredible Hog to jedno z wielu dzieci bluesowego bumu w latach '60. Powszechnie wiadomo co się dzieję, gdy spokojne, białe chłopaczki odkrywają blusiora. Rytm shuffle, syte riffy i solówki, po prostu rock n roll. Na dodatek w przypadku Volume I rock n roll nie byle jaki!


Bang - Bang (1971)

Podobnie, jak książki płyty nie wolno oceniać po okładce. Okładka debiutanckiej płyty Bang jest doprawdy słaba i bez szału, ale już pierwszy numer rozwiewa wszelkie wątpliwości, że mamy do czynienia z na prawdę zacnym graniem. Melodyjnym, ciężkim i brudnym. Bardzo to przywodzi na myśl Black Sabbath i uważam, że takie skojarzenie jest jak najbardziej na miejscu. Absolutnie polecam.


Bang - Bang (1971)


The Firebirds - Light My Fire (1969)

Przynajmniej kilka było zespołów o takiej nazwie (w tym jeden polski, ale bez "The" na początku). Niemniej chodzi o ten z czasów, gdy porządne pierdolnięcie i olbrzymia dawka fuzza oraz chaosu była w cenie. Kawałki bez pierdzącego przesteru również kopią w zad. Zespół nagrał kolejną płytę zatytułowaną Hair pod nazwą 31 Flavours


The Firebirds - Light My Fire (1969)





środa, 5 stycznia 2011

Coprus - Creation of a child (1971)

Świetna, klimatyczna gitarowa płyta bez zbędnych popisówek i aktów onanizmu z pomocą instrumentu, jak to niestety czasem bywa. Rock-bluesowa psychodela, ale jednak mocno nostalgiczna.



Idealna rzecz na tę pierdoloną zimę, mimo tego, że materiał pochodzi prosto z cuchnącego Texasu.


Coprus - Creation of  a child (1971)

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Lucifer'S Friend - Lucifer'S Friend (1970)

Hejwi metal, kurwa! Zawsze, gdy mówi się o protoplastach gatunku padają te same, dobrze znane nazwy zespołów. Trudno jednak uwierzyć, że cała współczesna "metalowa" muzyka wzięła się jedynie z Black Sabbath :) Jednym ze źródeł cięższego grania jest niewątpliwie również Lucifer'S Friend z Niemiec:

Lucifer'S Friend - Lucifer'S Friend (1970)





Felt - Felt (1971)

Kolejna płyta, której oryginalne wydanie warte jest w chwili obecnej niemałe pieniądze (znajduję się na 1001 Recordings Collectros Dreams Hansa Pokory z czterema punktami na sześć możliwych). Jednocześnie jedyna płyta zespołu.

Bardzo jazzująca. Zastosowanie dziwnego metrum, zmienianie go w trakcie trwania utworu, wokal unisowo z gitarą, typowe frazowanie...wszystko to sprawia wrażenie mocnej inspiracji jazzem. Z drugiej jednak strony duch bluesa, wolnej miłości oraz LSD również jest obecny. Absolutnie klasyk, płyta-marzenie każdego wielbiciela gatunku.




Felt - Felt (1971)

Orang Utan - Orang Utan (1971)

Ileż świetnych zespołów nagrało jedną płytę i słuch po nich zaginął? Trudne pytanie, jednak takim zespołem z całą pewnością jest projekt założony pod nazwą Orang Utan (wcześniej Hunter, lecz pod tą nazwą nie pojawiło się żadne wydawnictwo). Jedyna płyta zespołu wydana została nakładem U.S. Bell Records na terenie Stanów Zjednoczonych w roku 1971.




Nie ma raczej tutaj co szukać jakiejś wyjątkowej psychodeli (tylko jeden członek zespołu spożywał środki odurzające, konkretnie - hash). Są jednak bardzo konkretne "bluesujące" riffy i masa energii, czuć klimat późnych lat 60'. Istnieją osoby uważające omawianą płytę za ważną inspirację wśród późniejszych zespołów grających tak zwany stoner.







Warto wspomnieć, ze muzycy nie wiedzieli, iż wydawnictwo ma zamiar wydać ich materiał. Mało tego, nie zarobili na tym złamanego grosza, o czym w wywiadzie przyznaję wprost członek zespołu Mick Clarke.



niedziela, 2 stycznia 2011

Leaf Hound - Growers of Mushroom (1971)

Przeczytałem kiedyś opinię, iż Leaf Hound to po prostu takie mniej znane Led Zeppelin...Wolałbym w tej chwili nie starać się zmagać z tą tezą, po prostu przypomnę starego klasyka. Druga oraz zdecydowanie najlepsza rodukcja chłopaków z UK przed długą przerwą:

Leaf Hound - Growers of Mushroom (1971)




Randy Holden - nieznany bóg gitary.



Można śmiało powiedzieć, że Randy Holden jest najmniej docenionym gitarzystą z lat 60', jakiego wydał świat. Znany bardziej z nagrania płyty razem ze słynnym Blue Cheer w 1969 niż z samodzielnej twórczości przestał udzielać się w branży muzycznej przez prawie 30 lat. Świat niestety czasem nie dostrzega takich postaci, dlatego myślę, że warto przypomnieć chyba jedną z najbardziej rozjebujących gitarowych produkcji roku 1970. 

 

Na Population II pełno tłustych riffów, fuzzu i kwasu.Randy nieźle pokombinował również z efektami i wajchą - przy słuchaniu aż chcę się wygodnie usiąść i zapodać coś adekwatnego do klimatu :). Wokal sprawia wrażenie lekko zapomnianego, ostatecznie ładnie podkreśla całość i nadaję "wajbu". 

Warto wspomnieć, że pierwsza solowa produkcja Randy'ego wydana na winylu osiąga dzisiaj ceny rzędu 1000$ i stanowi niemały rarytas dla kolekcjonerów.


Randy Holden - Population II


 Download

<<<<<<<<<<<<<

Na całe szczęście Randy nagrał w 1996 roku drugą solową płytę i nagrywa je nadal. Miłą niespodzianką jest pojawienie się na Guitar God utworu Blue my mind z poprzedniego krążka.


Randy Holden - Guitar God (1996)


Bloodrock - U.S.A. (1972)