"Joy is a state of mind."

wtorek, 21 czerwca 2011

Albatross Overdrive - Albatross Overdrive (2011)

Miałem łzy w oczach, gdy pierwszy raz słuchałem tej płyty. Przysięgam. Dawno do moich uszu nie dotarła tak ogromna dawka szczerego i soczystego, kopiącego w zad nakurwu, jak w przypadku self-titled  zespołu Albatross Overdrive z Californii. Zespół na swoim debiutanckim albumie prezentuje klasycznie rozumiany southern/stoner. Być może nie jest to jakiś szczególnie odkrywczy sposób grania, ale trzeba przyznać, że już pierwsze przesłuchanie Albatross Overdrive nie pozostawia żadnych złudzeń - moc w chuj, bez pardonu, słabszych momentów, zapychaczy czy wąskich pitoleń. Od początku do samego końca. Ciężko tu nawet wybrać i wziąć na przykład jakiś konkretny kawałek, wszystkie z równą siłą sprawiają, że czuję potrzebę, by  przestać dbać o cokolwiek i przy zachodzie słońca wsiąść do mojego Forda Mustanga i uderzyć w Highway 49. 







piątek, 3 czerwca 2011

The Zoo - Presents Chocolate Moose (1968)

Cholernie chwytliwa płyta! Bez dwóch zdań jest to przed wszystkim zasługa prześwietnego wokalu Ira Wesleya, który z wielką gracją wyśpiewuje, bądź co bądź łatwo wpadające w ucho, ale jednak niebanalne melodie.  Warto tę płytę sprawdzić chociażby właśnie dla tej wokalnej wirtuozerii, która na mnie zrobiła spore wrażenie. Instrumentalnie Presents Chocolate Moose obfituję w niezłe solówki i gitarę rytmiczną, która swym rytmem ma wbrew pozorom bardzo wiele wspólnego z funky. Absolutnie pozycja do zbadania. 


Hasło: sonidos

Power of Zeus - Gospel According to Zeus (1970)

Winylowe wydanie pierwszej i zarazem jedynej płyty Power of Zeus jest szczególnie poszukiwane przez wielu hip-hopowych producentów i innych zboczonych wielbicieli breakbeatowych pętli perkusyjnych ze względu na ostatni utwór (The Sincery of Stsis), który otwiera bardzo przyjemna partia na garach, która wręcz prosi się o wycięcie i puszczanie w nieskończoność.




Z kolei wszyscy ci, którzy tworzeniem bitów się nie interesują na Gospel According to Zeus znajdą dużo świeżego, gitarowego powera doprawionego całkiem niewąskimi organami hammonda w tle. Spokojniejsze kawałki, mimo iż całkiem dobre i nieodstające od reszty albumu, wydają się być jedynie rozgrzewką do totalnego mind-blowa w utworach takich jak chociażby  It Coludnt be mine czy Realize. Szkoda tylko, że Power of Zeus to jeden z wielu bandów, które dzisiaj znane są jedynie przez małe grono jakiś wyjątkowych heavy-psych-prog-perwerów i fanatyków grania z epoki.






środa, 1 czerwca 2011

Fleetwood Mac - English Rose (1969)

English Rose to kompilacja różnych niewydanych/singlowych tracków Fleetwood Mac z czasów, gdy w zespole grał jeszcze Peter Green i nie było żadnych bab (z całą pewnością najlepszy okres twórczości). Płyta zdecydowanie bardziej popularna i niepodziemna niż cała reszta Give me LSD!, ale myślę, że i tak warto ją odkurzyć, bo gdybym miał komuś kompletnie niekumatemu w temacie muzyki bluesowe polecić kilka płyt, to ta na pewno została by uwzględniona.


Na English Rose znajdziemy przede wszystkim kilka niezgrzebnych, wolnych bluesów z klasycznie dołującymi tekstami (szczególnie podoba mi się When somebody leaves you/You just lose a friend/But when you left me babe/Thought it was the end z utworu pt. Something inside of me - proste i konkretne), ale również boogie, nakurwianie slidem z mocno wyczuwalną inspiracją Elmorem Jamesem czy fenomenalny Black Magic Woman. 



Mimo, że trzeci studyjny album Fleetwood Mac jest na wskroś bluesowy to jednak charakteryzuję się całkiem niezłą różnorodnością stylistyk klasycznych odłamów gatunku i jest nagrany przez białasów, więc wszyscy patrioci również mogą się nim nacieszyć.