"Joy is a state of mind."

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Bent Wind - Sussex (1969)

Bent Wind to zespół założony w Kanadzie w roku 1969, który po niedługim istnieniu nagrał debiutancki album. Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał, że na całym świecie jest podobno mniej niż 500 sztuk oryginalnego wydawnictwa, i że taki zacny kawałek winylu kosztuję kilkanaście tysięcy pln...



Pytanie brzmi: Co kieruję napaleńcem, który wykłada równowartość samochodu na czarny krążek? Sussex to z pewnością kawał dobrego, hard rockowego grania, jednakże idealnie połączonego z mocno nostalgicznym, melodyjnym wokalem i pozostawiającego bluesowo-folkowym posmak. Nagranie było realizowane w dosyć słabych warunkach, więc brzmi na potęgę garażowo, ale to okazuję się być plusem. Płyta broni się mimo kiepskiej (powiedzmy, że średniej) jakości.




piątek, 21 stycznia 2011

Cactus - Cactus (1970)

Stricte bluesowy band założony przez samego Jeffa Becka (ostatecznie Becka zastąpił  Jim McCarty, który de facto grał na perkusji w słynnym The Yardbirds) oraz perkusistę i basistę Vanilla Fudge. Ekipa spłodziła trzy wydawnictwa w oryginalnym składzie oraz dwa nie wiadomo po co (w tym jedno w roku 2006).


W sumie trudno określić twórczość zespołu inaczej niż mianem "białego bluesa". Jedynym numerem, który trochę odstaje stylistycznie od pozostałych jest "My Lady from South of Detroit", który jest utrzymany w klimacie country. Cała reszta to ciężki blues, wolny blues, szybki blues albo po prostu blues... Kwestię czy białasy potrafią sobie poradzić z muzyką czarnuchów pozostawiam otwartą, niemniej jednak jestem pod wielkim wrażeniem gry na harmonijce wokalisty Rusty Day'a.




niedziela, 16 stycznia 2011

Frijid Pink - Frijid Pink (1970)

Czteroosobowa banda hipisów z Detroit + środki psychoaktywne + dużo fuzzzzza + studio nagraniowe = ...

...każdy chyba jest sobie w stanie sam odpowiedzieć na to pytanie. W przypadku debiutanckiej (nagrali jeszcze dwie) płyty ekipy z USA  nasze uszy ukoi błogi hałas gitarowych przesterów, mocnego wokalu i niszczącej sekcji rytmicznej. Krótko mówiąc wszystko co najlepsze a da się wyciągnąć z "klasycznie rockowego" zestawu instrumentów.






"God Gave Me You", kawałek otwierający płytę, klimatem idealnie pasuje do koszuli w kwiaty i niezobowiązującego seksu, dużą zasługą są hammondy. Potem mamy m.in. "Crying Shame", z którego The Black Keys pożyczyli sobie riff, ciężką wersję "House of The Rising Sun" i wyciszający "Boozin Blues". Momentami brzmi bardzo jak Ten Years Afer, ale jednak amerykańsko. 




Odsyłam do artykułu o historii zespołu:

czwartek, 13 stycznia 2011

May Blitz - May Blitz (1970) / The 2nd Of May (1971)

May Blitz to power trio z Wielkiej Brytanii, które doczekało się wydania dwóch krążków nakładem wydawnictwa Vertigo (ten sam label, który wydawał Black Sabbath). Zespół nie odniósł komercyjnego sukcesu i został rozwiązany w roku 1971.



 

Obie płyty to doskonała mieszanka ciężkich oraz narkotycznych dźwięków. Przesterowany riff z łatwością i świetną dynamiką przechodzi w spokojny i tripowy., utwory balansują więc między jednym a drugim.  Mocną stroną zespołu jest również "gęsta" gra Tony'ego Newmana na perkusji, w której nierzadko słychać sporą inspiracje jazzem.

 
May Blitz (1970)




The 2nd Of May(1971)

środa, 12 stycznia 2011

Suck - Time to suck (1970)

Cover bandy przeważnie kojarzą się ze słabymi grajkami grającymi słabe wersje hiciorów w stylu Smells like teen spirit na wiejskich dożynkach...Przeważnie, bo północnoafrykański skład pod nazwą Suck łamie ten stereotyp. Mimo, że na Time to suck jest jeden autorski utwór (The Whip) to i tak mocno wieje świeżością.



Mamy tu między innymi: War Pigs (Black Sabbath), Into The Fire (Deep Purple) i I'll Be Creeping (Free). Poniżej świetna wersja Season of The Witch rozszerzona do prawie 10-ciu minut i destrukcyjnie działająca na psyche.



wtorek, 11 stycznia 2011

Odyssey - Setting Forth (1969)

Jedyny, nagrany w 1969 (według niektórych źródeł w 1971) album nowojorskiego składu Odyysey. Oryginał praktycznie nie do zdobycia nawet w roku, w którym materiał został wytłoczony na krążkach, ponieważ pierwsze wydanie liczyło około 100 kopii. Nic dziwnego, że płyta jest wśród 10 najrzadszych psychodelicznych produkcji z USA. 



Setting Forth to klasyczny przykład ciężkiego psychodelicznego rocka, momentami brudnego, momentami piosenkowego i wpadającego w ucho. Klimat epoki podkreślają idealnie wykorzystane organy hammonda.



niedziela, 9 stycznia 2011

Toad - Toad (1971)


Włoskie wydawnictwo Akarma, które zajmuję się wpuszczaniem reedycji różnych zapomnianych produkcji mogłaby sobie przypomnieć o tym krążku:) Nie mam pojęcia, dlaczego tak się jeszcze nie stało. Być może wynika to z faktu, że są jeszcze inne zespoły na podobnym poziomie warte wskrzeszenia, niemniej uważam, że self-titled Toad z roku 1971 zasługuję na drugą młodość w postaci świeżo tłoczonej czarnej płyty (Strange Days Record wydało reissue w formie kompaktu).

Dlaczego?  Dla mnie ta płyta to coś jakby skrzyżowanie Black Sabbath ze Stevie Ray Vanem. Obok siebie znajdują się tracki z tłustymi i ociekającymi złem riffami oraz te, które są wypchane gęstymi w dźwięki, bluesowymi solówkami bez krzty minimalizmu (na szczęście ta gitarowa masturbacja wyszła nad wyraz zgrabnie). Do tego kilka spokojniejszych numerów. Obowiązkowa pozycja dla fanów grania z epoki.



piątek, 7 stycznia 2011

Incredible Hog - Volume I (1973)



Incredible Hog to jedno z wielu dzieci bluesowego bumu w latach '60. Powszechnie wiadomo co się dzieję, gdy spokojne, białe chłopaczki odkrywają blusiora. Rytm shuffle, syte riffy i solówki, po prostu rock n roll. Na dodatek w przypadku Volume I rock n roll nie byle jaki!


Bang - Bang (1971)

Podobnie, jak książki płyty nie wolno oceniać po okładce. Okładka debiutanckiej płyty Bang jest doprawdy słaba i bez szału, ale już pierwszy numer rozwiewa wszelkie wątpliwości, że mamy do czynienia z na prawdę zacnym graniem. Melodyjnym, ciężkim i brudnym. Bardzo to przywodzi na myśl Black Sabbath i uważam, że takie skojarzenie jest jak najbardziej na miejscu. Absolutnie polecam.


Bang - Bang (1971)


The Firebirds - Light My Fire (1969)

Przynajmniej kilka było zespołów o takiej nazwie (w tym jeden polski, ale bez "The" na początku). Niemniej chodzi o ten z czasów, gdy porządne pierdolnięcie i olbrzymia dawka fuzza oraz chaosu była w cenie. Kawałki bez pierdzącego przesteru również kopią w zad. Zespół nagrał kolejną płytę zatytułowaną Hair pod nazwą 31 Flavours


The Firebirds - Light My Fire (1969)





środa, 5 stycznia 2011

Coprus - Creation of a child (1971)

Świetna, klimatyczna gitarowa płyta bez zbędnych popisówek i aktów onanizmu z pomocą instrumentu, jak to niestety czasem bywa. Rock-bluesowa psychodela, ale jednak mocno nostalgiczna.



Idealna rzecz na tę pierdoloną zimę, mimo tego, że materiał pochodzi prosto z cuchnącego Texasu.


Coprus - Creation of  a child (1971)

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Lucifer'S Friend - Lucifer'S Friend (1970)

Hejwi metal, kurwa! Zawsze, gdy mówi się o protoplastach gatunku padają te same, dobrze znane nazwy zespołów. Trudno jednak uwierzyć, że cała współczesna "metalowa" muzyka wzięła się jedynie z Black Sabbath :) Jednym ze źródeł cięższego grania jest niewątpliwie również Lucifer'S Friend z Niemiec:

Lucifer'S Friend - Lucifer'S Friend (1970)





Felt - Felt (1971)

Kolejna płyta, której oryginalne wydanie warte jest w chwili obecnej niemałe pieniądze (znajduję się na 1001 Recordings Collectros Dreams Hansa Pokory z czterema punktami na sześć możliwych). Jednocześnie jedyna płyta zespołu.

Bardzo jazzująca. Zastosowanie dziwnego metrum, zmienianie go w trakcie trwania utworu, wokal unisowo z gitarą, typowe frazowanie...wszystko to sprawia wrażenie mocnej inspiracji jazzem. Z drugiej jednak strony duch bluesa, wolnej miłości oraz LSD również jest obecny. Absolutnie klasyk, płyta-marzenie każdego wielbiciela gatunku.




Felt - Felt (1971)

Orang Utan - Orang Utan (1971)

Ileż świetnych zespołów nagrało jedną płytę i słuch po nich zaginął? Trudne pytanie, jednak takim zespołem z całą pewnością jest projekt założony pod nazwą Orang Utan (wcześniej Hunter, lecz pod tą nazwą nie pojawiło się żadne wydawnictwo). Jedyna płyta zespołu wydana została nakładem U.S. Bell Records na terenie Stanów Zjednoczonych w roku 1971.




Nie ma raczej tutaj co szukać jakiejś wyjątkowej psychodeli (tylko jeden członek zespołu spożywał środki odurzające, konkretnie - hash). Są jednak bardzo konkretne "bluesujące" riffy i masa energii, czuć klimat późnych lat 60'. Istnieją osoby uważające omawianą płytę za ważną inspirację wśród późniejszych zespołów grających tak zwany stoner.







Warto wspomnieć, ze muzycy nie wiedzieli, iż wydawnictwo ma zamiar wydać ich materiał. Mało tego, nie zarobili na tym złamanego grosza, o czym w wywiadzie przyznaję wprost członek zespołu Mick Clarke.



niedziela, 2 stycznia 2011

Leaf Hound - Growers of Mushroom (1971)

Przeczytałem kiedyś opinię, iż Leaf Hound to po prostu takie mniej znane Led Zeppelin...Wolałbym w tej chwili nie starać się zmagać z tą tezą, po prostu przypomnę starego klasyka. Druga oraz zdecydowanie najlepsza rodukcja chłopaków z UK przed długą przerwą:

Leaf Hound - Growers of Mushroom (1971)




Randy Holden - nieznany bóg gitary.



Można śmiało powiedzieć, że Randy Holden jest najmniej docenionym gitarzystą z lat 60', jakiego wydał świat. Znany bardziej z nagrania płyty razem ze słynnym Blue Cheer w 1969 niż z samodzielnej twórczości przestał udzielać się w branży muzycznej przez prawie 30 lat. Świat niestety czasem nie dostrzega takich postaci, dlatego myślę, że warto przypomnieć chyba jedną z najbardziej rozjebujących gitarowych produkcji roku 1970. 

 

Na Population II pełno tłustych riffów, fuzzu i kwasu.Randy nieźle pokombinował również z efektami i wajchą - przy słuchaniu aż chcę się wygodnie usiąść i zapodać coś adekwatnego do klimatu :). Wokal sprawia wrażenie lekko zapomnianego, ostatecznie ładnie podkreśla całość i nadaję "wajbu". 

Warto wspomnieć, że pierwsza solowa produkcja Randy'ego wydana na winylu osiąga dzisiaj ceny rzędu 1000$ i stanowi niemały rarytas dla kolekcjonerów.


Randy Holden - Population II


 Download

<<<<<<<<<<<<<

Na całe szczęście Randy nagrał w 1996 roku drugą solową płytę i nagrywa je nadal. Miłą niespodzianką jest pojawienie się na Guitar God utworu Blue my mind z poprzedniego krążka.


Randy Holden - Guitar God (1996)


Bloodrock - U.S.A. (1972)